środa, 26 września 2012

3,2,1...

I oto jestem!

Katania to drugie, co do wielkości miasto na Sycylii. Nic więc dziwnego, że nawet na niewielkiej uliczce jaką jest Via D'amico, silniki skuterów nie przestają burczeć nawet w środku nocy. Dzięki Bogu za wentylator w pokoju, bo przy otwartym oknie nie mogę skupić myśli między jednym a drugim bruuuum. 
Przyjechałam dopiero tydzień temu, ale moja niecierpliwa natura już bardzo chciałaby żebym czuła się jak u siebie. Oczywiście, tak nie jest... Doskwiera mi uczucie osamotnienia, głównie z powodu mojego włoskiego na poziomie A1, który nie pozwala mi nawet bez stresu wybrać się do supermarketu. Dzisiaj na pożegnanie panu w kasie powiedziałam: "Buonasera!"... Wiem, że na wszystko trzeba czasu i idiotyzmem jest wymagać od siebie komunikatywnej znajomości języka po parunastu dniach w kraju, ale ta nieumiejętność dogadania się mnie wykańcza! Nagle nie mogę niczego sama załatwić, nie wiem o czym się dookoła mówi, czasem nawet nie wiem czy przypadkiem nie mówi się do mnie! Po prostu, nie czuję się sobą... "Kwestia czasu!" - złote słowa, które przewijają się w co trzeciej rozmowie i podtrzymują mnie oraz moich biegłych we włoskim znajomych (bastardi!) na duchu.
Co ciekawe, moja natura przejęła nade mną kompletną władzę również w kwestii wyboru mieszkania... Całe pół roku zacierałam ręce z myślą o tym, że nareszcie zdecyduję się na pełen odlot, wynajmę pokój w obskurnym mieszkaniu pełnym hardkoru, nieumytych naczyń i wolnej miłości. Jednak zanim się obejrzałam, z pomocą Justyny wnosiłyśmy moją walizkę do wymuskanego pokoiku w byłym bed&breakfast, z wyszywanymi serwetkami pod talerze i prawnikiem zajmującym pokój obok... "Sjebie nie oszukasz!" - tu pani Konieczna nie myliła się ani trochę. 

No dobrze... Dość o mojej naturze, może coś na temat natury tubylców. Sycylia to miejsce, gdzie czas zatrzymał się w jednej istotnej obyczajowej kwestii: tutaj wciąż światem rządzą mężczyźni. Przechadzając się po ulicach Katanii, nie spotykam prawie w ogóle kobiet, w sklepach, w restauracjach, na ławkach w parku - wszędzie tylko ciemnowłosi samce! Siedzą sobie, najczęściej w grupkach, palą skręcone własnoręcznie papierosy i pokazują swoją pozycję na mieście. Ja na razie nie rozumiem o czym rozmawiają, ale mój kolega Steve, który biegle włada tutejszym narzeczem, przekonywał mnie, że w owych dyskusjach nie pozostawiają suchej nitki na żadnym z przechodniów. Także idąc ulicą czuję się jak pod ostrzałem... Fakt, że miło jest zwracać na siebie uwagę, ale zauważyłam, że w pewnym momencie zaczynam się czuć dosyć niezręcznie. Zdecydowanie wykreślam zostanie celebrytą z mojej "To Do List"...

Wszystkie stresy i niepewności, które młody erasmus spotyka na swojej drodze, powinny zostać rozwiane przez osobistego przyjaciela na obczyźnie, czyli Tutora. Moim został szanowny pan Federico i jest to tutor z wyboru, a nie z przydziału, jak to zwykle bywa, i jest to facet wyjątkowy. Jeździ na Vespie, zna każdego i każdą, przywozi z lotniska, zawozi na uczelnię, odwozi na plażę, kupuje ciasteczka, a na dodatek przezywa mnie Frodo (bo jestem jedyną niższą od niego osobą jaką zna). Także chwała Panu za takich opiekunów!
Jutro po raz kolejny wybieramy się na teren Universita degli Studi di Catania, bo być może tym razem uda nam się załatwić cokolwiek! (no bo burdello włoskie obowiązuje również i tam). Fingers crossed!

Oczywiście ogromna większość mieszkańców Katanii to rodowici Sycylijczycy, a przynajmniej Włosi (mogliby się uczyć angielskiego, ale i tak ich kocham!). Bardzo podoba mi się to w porównaniu z multinarodowym Rzymem. Tutaj ludzie rodzą się i umierają nie wyjeżdżając poza znajome tereny miasta. A najciekawsze dla mnie jest to, że nie czują się przez to gorsi, w ogóle im to nie przeszkadza. Są szczęsliwi, bo co wieczór zasiadają do kolacji przy rodzinnym, wielopokoleniowym stole. No niestety, ja akurat trafiłam do dzielnicy, gdzie głównie mieszkają azjaci i afroamerykanie... Pewnie oni też jakoś tam zasiadają do kolacji, ale to nie to samo. Za to co rano zrywają się wcześnie i rozstawiają swoje stoiska na pobliskim ryneczku, gdzie za bezcen można kupić... kiepskie podróbki Yves Saint Laurent!
Aha, no i muszę zacząć wstawać wcześniej niż o 11:00, bo zanim wyjdę z domu, już mogę właściwie wracać... 13:00-17:00 jest święta sjesta i nie kupisz nawet gazety.

Będąc w Rzymie z Justyną, spotkałyśmy przemiłego starszego Włocha w kolejce w supermarkecie. Chciałyśmy go przepuścić, ponieważ nasz koszyk był pełen po brzegi (typowe...), a on w swoim miał dosłownie pare produktów na dnie. Także robiąc mu przejście do kasy, zapytałam: "Sir, are you in hurry?". Na co on odpowiedział z wielkim zdziwieniem: "Me? Hurry? No! I live my life!" Taka mała kwintesencja podejścia do życia tego wspaniałego narodu! Ci vediamo dopo!


Ciao Ciao! Palazzo






BOSKI WŁOSKI:

  • ti voglio bene - lubię cię, dosł. życzę ci jak najlepiej
  • un palazzo - kamienica
  • che bono! - ale ciacho!
  • il divano - kanapa
  • il tappeto - dywan
  • la colazione - śniadanie
  • il bagno - łazienka