środa, 24 października 2012

Quale futuro per noi?

Tak to jest jak się mieszka z zażrtymi fanami futbolu! Zostałam grzecznie wyproszona z salonu, gdzie ze smakiem zajadałam się obiadokolacją przy akompaniamencie "Gilmore Girls" po włosku z angielskimi napisami (tak! teraz i takie cuda lecą w telewizji!), bo o 21:00 zaczyna się mecz AC Milan kontra Dwie Duże Litery Nazwamiasta. Także tak się składa, że muszę od 10 rano słuchać Green Day i Sum41 (no niestety... chłopaki jeszcze dojrzewają...) i okazuje się, że o 10 wieczorem dalej nie mam nic do powiedzenia w sprawie rozrywki w tym domu. Nie ma szans, nie biorę Włocha na męża. Ale apropo rozrywki! W piątek trochę sobie odbiję i porządzę, bo organizuję imprezę na naszym tarasie! Po pierwsze dlatego, że może być ostatni dzwonek pod względem pogodowym, po drugie, bo Gaetano chce spróbować swoich sił w rozmowie z Polakami, więc kazał mi zaprosić wszystkich Naszych, po trzecie - pracuję nad PR. Poza tym trzeba się bawić, bo cóż innego nam pozostało? Kryzys, bezrobocie, brak perspektyw...



A przynajmniej tak swoją rzeczywistość postrzegają młodzi Włosi. Sycylia naprawdę sięgnęła dna, strajki są co najmniej raz w tygodniu, wczoraj ogłoszono, że jedno z dwóch na całą wyspę lotnisk rozpoczyna protest w postaci ograniczenia lotów od 3 listopada do 3 grudnia do minimum! I niestety dotyczy to tego w Katanii, a nie w Palermo... Na szczęście mój samolot leci dopiero 16, ale jak zaczęłam czytać to obwieszczenie, to aż mi tchu zabrakło. Co śmieszne, patrzę na tych protestujących, którzy zbierają się przy najważniejszej ulicy Katanii i widzę jaką oni mają radochę z samego faktu, że się spotkali. Że mają okazję się zobaczyć, wspólnie poskandować i poskakać. Taka to natura tego narodu, kochają zgromadzenia. Nawet jeśli do niczego to nie prowadzi, to tydzień w tydzień dziadek, ojciec i syn idą z transparentami w miasto.
W wielu rozmowach z młodymi Włochami odczuwam duże zniechęcenie tą sytuacją. Wybór kierunku, który studiują jest przede wszystkim podyktowany zapotrzebowaniem na rynku pracy, a nie pasją czy choćby ciekawością. Albo kończą jedne studia i idą na następne, bo nie mają nic innego do roboty. No tak, może dyplom z filologii nie zapewni mi świetlanej przyszłości, ale już z farmacji na pewno...?


Nie pozostaje im nic innego jak zwrócić się do Boga! A zwracać się możesz na każdym rogu, bo co skrzyżowanie to kościół... Podobno przy rekordowej ulicy stoi ich 18. Ja idąc na uczelnię mijam 4 czy 5, a to tylko kwadrans szybkim krokiem. Dzisiaj wstąpiłam do jednego i to nie tylko dlatego, że padało, i natknęłam się na odmawianie różańca. Ładny widok, dobra atmosfera.


Śmieszna rzecz jest tutaj z całusami na powitanie. Najważniejsze - całujemy się wszyscy! Nie tylko dziewczyny, panowie z paniami też i między sobą również owszem tak! I wszystko byłoby dobrze, ale jak przychodzi co do czego, to nigdy nie wiem ile tych buziaczków mam drugiej osobie skraść. No bo u nas w Polszcze to, o ile się nie mylę, daję się jednego. I to w sumie tylko bliscy znajomi, z Panią w kiosku się tak nie przywitam. No a tutaj serdeczność i wylewność każe Włochom całować się dwukrotnie. Dla mnie jest to nienaturalne. Przychodzę na spotkanie, widzę grupkę znajomych i pierwsze 3 minuty chodzę jak lis z kulawą nogą i wymianiam buziaki z każdym z osobna... No trochę głupawe. A już najciekawiej jest jak połowa z tych ludzi to Polacy, a reszta Włosi... O Madonna! To komu ile buziaków? Agata, koleżanka erasmuska, raz usłyszała od drugiej Polki: "Co?! Dwa buziaki?? No bez przesady... Ja na dwa razy całuję się tylko z Włochami..."

W tak zwanym międzyczasie odbyłam wyprawę na Etnę. Jeśli ktoś się nie orientuje, to jest to taka góra, która przez tysiące lat formowała się na skutek ruchów tektonicznych ziemii, którą nazywamy wulkanem i która raz na jakiś czas eksploduje gorącą lawą z wnętrza planety. I nie, Etna to nie Mordor, to nie do niej zmierzał Frodo w celu unicestwienia pierścienia mocy. Chociaż nie zdziwiłabym się gdyby pewne sceny na potrzeby filmu nie zostały nakręcone w tych okolicach. A już na pewno wiem, że w jednym z kraterów został nakręcony teledysk Violet Hill grupy Coldplay. I my ten krater odwiedziliśmy. Co jak myślę oznacza, że dzieliłam pył wulkaniczny z Chrisem Martinem!


Pas ziemi wypalonej przez spływającą lawę

Co tam jeszcze? Jadłam dzisiaj typowo angielski lunch - upieczone bajgle z białym serem i boczkiem. Polecam, palce lizać. Oparzyłam sobie język na bekonie (mimo że widziałam jak skwierczy jak otworzyłam bajgla żeby na niego popatrzeć, i tak ugryzłam, moje neurony są nie w formie), ale należało mi się za to, że kupiłam wcześniej ciastek za 8 euro! Nie chciałam przychodzić z pustymi rękami w gości, ale mogłam od razu nie przychodzić z torbami... 

Muszę jeszcze odnotować jedno ważne wspomnienie - w zeszłą niedzielę (21.10) byłam na plaży, opalałam się w bikini, ba! kąpałam się w morzu!!! Kocham taką jesień... Nie jest tak, że nie tęsknię za tą złotą, u nas... Ale to, co się tu wyprawia jest tak dla mnie niezwykłe, że cieszę się jak małe dziecko. Trochę mniej cieszą się Katanianki, które przywołują chłody jak mogą ubierając wielkie wełniane szaliki na uczelni, kurtki przy 20 stopniach to standard, a w sklepach już tylko swetry... Chyba po prostu mają dość słońca i upału, czas na zmianę. Ja też już ciut tęsknię do moich kozaków.



 
Zaczęła się wreszcie poważna nauka, a przynajmniej ruszyły zajęcia i wreszcie moje dni wygladają mniej jak wakacje... Większości wykładów nie rozumiem, ale nie jest tak, że nie wiem o czym mowa. Po prostu orientuję się mniej więcej, głównie dzięki słowom, które brzmią w każdym języku podobnie, a przynajmniej w polskim czy angielskim (jak widać poniżej, trzeba się wysilić żeby nie pojąć). Także niuanse mi umykają, ale ogół wynoszę ze sobą za drzwi sali. Gorzej jest z jednymi zajęciami, gdzie szczegóły to kwintesencja tematu, czyli psychologia sądowa i kryminologia. Profesor nadaje z tępem karabinu maszynowego, temat jest mi zupełnie nieznany, bo nigdy w życiu się o tym nie uczyłam, a cała sala zaśmiewa się z rzucanych przez wykładowcę co jakiś czas żarcików, których nie mam najmniejszych szans wyłapać... No, ale "piano, piano!" Grunt, że przedmiot jest ciekawy i dwie godziny trwają dla mnie trzy godziny, a nie jak zwykle ze cztery czy pięć :)

Ci vediamo dopo!

Palazzo




BOSKI WŁOSKI:

  • la sequenza - sekwencja
  • la misura - pomiar
  • gli stimoli - bodźce
  • la scala ordinala - skala porządkowa
  • la varianza - wariancja
  • la distribuzione normale - rozkład normalny



środa, 17 października 2012

Ragazzi a Catania

Wczoraj naszła mnie myśl żeby napisać szczerego posta na temat moich doświadczeń z chłopakami z wyspy. Minęło niewiele czasu, a trochę już się w tym temacie wydarzyło. To już pierwsza wskazówka co do tego, jacy są. Generalnie szybcy! Nie ma w nich wiele nieśmiałości, a przynajmniej do czasu, kiedy nie stają przed wyzwaniem prowadzenia konwersacji w języku angielskim... Wtedy nagle woda w usta poprzedzona głupawym chichotem. Byłoby znacznie łatwiej spotkać miłość życia gdyby Włosi zainwestowali trochę wysiłku w swój angielski... Ale i tak chyba jest z nimi lepiej niż z Hiszpanami, którzy ani be ani me! Specjalnie dla nich jest osobny przewodnik, wszystkie ogłoszenia są tłumaczone na trzy języki: włoski, angielski i .. hiszpański! No już zrozumiałabym chiński, ale hiszpański?? Tym bardziej, że jak się tym tekstom czasem przyglądam, to ten język nie różni się tak bardzo od włoskiego, naprawdę nie wymaga aż tak dużego nakładu pracy...

Miało być o mężczyznach, a nie o leniuchach, przepraszam.. Ach, może do mężczyzn im jeszcze daleko, ale starają się. Na przykład moi współlokatorzy. Wczoraj przyszła do mnie znajoma i razem wybierałyśmy się na wystawę fotograficzną pod tytułem: "Land, fire and sea!", która miała przedstawiać sycylijskie krajobrazy. Kiedy tylko Agata pojawiła się w progu, a moich dwóch coinqulini zobaczyło taką dziewczynę, od razu zdecydowali, że pójdą z nami. Nawet nie wiedzieli jeszcze gdzie idziemy, ale już byli za drzwiami. Potem przez dwie godziny trwania prezentacji przeszkadzali, śmiali się i ziewali, tak że było mi za nich głupio. Czułam się jakbym opiekowała się dwoma szczeniakami.

Acha, miało być o mężczyznach, a nie dzieciakach? No tak, to inaczej... Jest taki Salvo, którego poznałam, uwaga, na dyskotece! A to ci dopiero! Nic tak źle nie wróży, jak poznać koleżkę na parkiecie, bo on albo rusza tylko korpusem, a głowę zostawia nienaruszoną albo dłużej szykuję się na disko frisko niż ty, a potem poci się w tej prążkowanej koszuli jak mysz. Jednak, Salvo mnie zaintrygował. Podszedł niepostrzeżenie do kolegi, z którym tańcowałam w najlepsze (Dino - tancerz jakich mało) i zapytał, czy może mu ukraść partnerkę. A skoro Dino nie zareagował, nagle stałam twarzą w twarz z klonem James'a Franco (nie żartuję!). Tyle że właściwie nie taczyliśmy. Rozmawialiśmy, bo (dios mio!) Salvo włada angielskim. Punkt dla człowieka. A potem jeszcze usłyszałam: "W klubie to tak ciężko się naprawdę poznać, chciałbym się z tobą umówić na kawę". No, to już byłam po kolana w tym błocie... A co to znaczy? To znaczy, że od tamtego czasu ta kawa się jeszcze nie wydarzyła i śmiem twierdzić, że klamka zapadła. Ja mogę się odezwać raz, czy drugi, ale za trzecią wiadomością wiem, że zainteresowanie z drugiej strony leci na łeb na szyję aż do zera.

O rety, miało być o mężczyznach, a jest o... dziwakach? No to do tematu! Gaetano - gotuje, śpiewa, sprząta, pracuje w poważnej branży, mówi po polsku (trośkem) i krzyczy do mnie: "Martuuuuula!" z drugiego końca mieszkania. Ach, ma też narzeczoną i biorą ślub w Zakopanem  w przyszłym roku...

Aaaa, że miało być o mężczyznach, a nie o narzeczonych? To niestety... Chyba temat się wyczerpał.


Salve!


Palazzo

 
 Dziewczyny wolą policjantów!
(od lewej Flavia, Jasmine & Helen)



BOSKI WŁOSKI:

  • Ballare - tańczyć
  • Ammiratore sconosciuto - cichy wielbiciel
  • Meglio un uovo oggi che una gallina domani - lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu
  • Baci e abbracci - całuski i uściski!


środa, 10 października 2012

The Godfather is just a movie


Przed wyjazdem na Sycylię otrzymałam dużo ostrzeżeń przed mafią. W końcu Palermo jest uznawane za główną siedzibę tej przestępczej organizacji na świecie, a Katania pewnie depcze mu po piętach! No i można by się obawiać, chować po kątach i patrzeć przez ramię, czy ten facet w garniturze wychodzący z kiosku nie wyciągnie zaraz giwery zza pazuchy. Ale czy naprawdę jest taka potrzeba? Minął już prawie miesiąc od mojego przyjazdu do Katanii i jak dotąd nie zauważyłam nic, co mogłoby wzbudzić we mnie niepokój. No, może poza jedną sytuacją, które przytrafiła nam się w pierwszym tygodniu pobytu. Tego wieczoru razem z Justyną i Steve’em poszliśmy na kolację do jednej ze słynnych knajpek położonych przy Via Plebiscito, gdzie można skosztować słynnego na całą Katanię mięsa z konia. Ano tak, konina to jeden z czterech słynnych przysmaków tego portowego miasta, które miałam przyjemność skosztować, ale o tym później.  Nigdy wcześniej nie miałam z tym mięskiem styczności i nawet teraz nie jestem pewna, czy przypadło mi do gustu. Mieliśmy tak duży problem z podjęciem decyzji, którą restaurację wybrać, w jakiej formie tego konia zjeść i wreszcie, czy brać frytki do tego czy nie, że kiedy dostaliśmy nasze porcje, byłam zbyt głodna by prawdziwie poczuć smak tego, co czekało na mnie na talerzu. Tak czy siak, po obfitej kolacji poprosiliśmy kelnera, albo raczej chłopaka ze szmatką na ramieniu, w dżinsach i z kolczykiem w uchu, o rachunek. Zdjęcie poniżej chyba wyjaśnia w pełni nasze zdziwienie. 


Jak w ogóle można brać taki świstek papieru na serio? Nie wiem… Po szybkim zastanowieniu doszliśmy do wspólnego wniosku: MAFIA! No bo jak inaczej wyjaśnić tak nieprzepisowe prowadzenie działalności i wychodzenie z tego bez szwanku? A dodam, że tę dzielnicę mieszkańcy nazywają Bronksem Katanii i wzdłuż via Plebiscito podobnych knajpek jest przynajmniej tuzin. Także można powiedzieć, że jeden jedyny raz otarliśmy się o mafijną działalność, a przynamniej o biznes, do którego ta organizacja sięga swoimi rozległymi mackami.

Kontynuując temat przysmaków Sycylii, dzisiaj odbyła się szkoła gotowania zorganizowana przez Aegee. Uczyliśmy się przyrządzać arancini, czyli smażone w panierce z bułki tartej kulki ryżowe z farszem. Proces przygotowania jest dosyć złożony i wymaga sporego nakładu czasu. Ryż, z którego lepi się kule, musi być odpowiednio ugotowany aby nie był ani za lepki ani za sypki, do tego smacznie przyprawiony szafranem i solą. Drugim etapem jest stworzenie serca potrawy, bo cała zabawa to właśnie to, co w środku. Z tego co słyszałam, można szaleć z nadzieniem i tworzyć je uwzględniając prywatne preferencje. Na razie jadłam arancini pistacjowe oraz te najbardziej klasyczne, czyli z szynką i żółtym serem, ale wikipedia mówi: „Najpopularniejsze są arancini con ragù, składają się z ryżu, mięsa, groszku i mozarelli. Inne odmiany to: arancini con burro (z masłem), arancini con funghi (z grzybami) i arancini con melanzane (z bakłażanem), con salsiccia (z kiełbasą), con gorgonzola, con salmone (z łososiem), con pollo (z kurczakiem), con frutti di mare (z owocami morza). Mniaaam…

Zaraz za ryżowymi kulami w rankingu popularności plasują się cannoli con la ricotta, czyli właściwie nasze rurki z kremem. Tylko że krem jest bardziej gęsty i mniej puszysty, a ciasto na rurki mniej kruche. Pyszności! Końce można posypać bardzo słodką owocową posypką, ale nie wiem czy jest to regułą, ponieważ rozpływałam się nad rurkami na razie tylko raz. 


No i czwarty grzech główny Sycylijczyków to istna bomba kaloryczna, czyli Frappe Alla Nutella! Och och… Wzdycham na samą myśl o tym napoju bogów! Składniki są tylko trzy: mleko, małe muffiny i Nutella. Pakujesz to wszystko do miksera, 2 minuty miksu miksu i gotowe! A najbardziej podobało mi się, jak szef kuchni powiedział: „Jeśli tylko uznasz, że Twoje Frappe nie jest wystarczająco intensywnie brązowe, dorzucasz dodatkowe trzy łyżki Nutelli i miksujesz raz jeszcze”. Niebo w gębie, a dupa rośnie…

I tym pozytywnym akcentem się żegnam,
ciao ragazzi!



Palazzo





BOSKI WŁOSKI:
  • Cosa nostra - dosł. nasza rzecz, nasza sprawa; włoskie określenie dla mafii 
  • Pizzo - haracz płacony lokalnej mafii w zamian za "ochronę" 
  • Omertà - zmowa milczenia, nieformalne prawo sycylijskie zabraniające członkowi mafii informowania o przestępstwach mafii osób z tym przestępstwem niezwiązanych
  • Busta con un proiettile - koperta z nabojem w środku, wysyłana przez mafię w celu zastraszenia   




poniedziałek, 1 października 2012

Weekend w Katanii

Wybiła godzina 22:00 pierwszego października, a za oknem 27 stopni! Z tego co słyszę, ta sytuacja nie jest typowa nawet na Sycylii. O tej porze roku powinno być raczej pochmurno, deszczowo i na pewno nie tak ciepło! W związku z powyższym nie nastawiałam się przed przyjazdem na noszenie ciągle szortów. Gdyby tak było, zabrałabym więcej niż jedną parę...

Właśnie poznałam chłopaka, który będzie z nami mieszkał. Problem w tym, że nie jestem w stanie zapamiętać jego imienia... Dwa razy mi się przedstawiał, trzeci raz powtórzyła mi jego imię Eli, a u mnie w głowie dalej jakiś Garreth czy coś... Ale Garrethem to on nie jest, na bank. Tak czy siak, sympatyczny koleżka, który był w Polsce parokrotnie, umawia się z Polką, co więcej, uczy się języka polskiego na kursie i zaproponował mi coś, co nazwał "tandem conversations". Najprościej ujmując wygląda to tak: w rozmowie on używa włoskiego, ja polskiego, a językiem pomocniczym jest angielski, który oboje mamy w miarę opanowany. Simple as that! Jak na razie nasza konwersacja skupiła się na bigosie i na tym, że ja nie umiem go przyrządzić, a on tak, mimo że jest Włochem...Wiem, żenujące!
A wczoraj miałam przyjemność poznać Panią, która ma się wprowadzić lada dzień i uwaga, jest to Niemka. O Bogowie, dlaczego? Na moje pytanie, czy podoba jej się mieszkanie, odpowiedziała głośnym: "Ja!" i już wtedy poczułam się oszukana. Bo przecież miało być tak pięknie, sami Włosi i "ti amo", a nie "ich liebe dich"! Dobra, tak na serio, to na pewno jest przemiła. Zresztą już na starcie ją podziwiam, bo podobno dopiero co się rozwiodła, ma dwójkę dorastających dzieci, a mimo to zdecydowała się po latach wrócić na studia prawnicze i do tego wyjechać na Erasmusa do Włoch! To dopiero odważna Frau!

A Katania? Ach, jaka jest piękna... W sobotę Federico zafundował mi wycieczkę jego ukochaną Vespą po uroczych zakątkach miasta, bo, jak stwierdził któregoś dnia,: "Marta, you know nothing...". Także po krótkiej instrukcji - nie stawiaj nogi na tym pedale i uważaj żeby nie spaść, wpakowałam się z nim na ten skuter i pomknęliśmy wąskimi uliczkami Katanii. Ja w różowym kasku pożyczonym od siostry Federico. W sumie było spoko! O zawał przyprawiały mnie jedynie ostre zakręty i przeciskanie się między samochodami, kiedy wydaje ci się, że już urwałeś komuś łokciem lusterko, aaaaa jednak nie!
Pierwszy przystanek - park w górnej części miasta. I górną jest ona dlatego, że faktycznie znajduje się na wzniesieniu, ale również dlatego, że jest to dzielnica obywateli wyższej kategorii. Ładne osiedla, spokój, cisza, a w parku eleganccy panowie wyprowadzają swoje zadbane psy. A na to wszystko, Federico wytłumaczył mi skąd zna to miejsce - "Przyjeżdżaliśmy tu z kumplami w liceum jarać zioło". I wszystko jasne. Trzeba przyznać, że widok na Katanię jest stamtąd bardzo piękny i rozumiem, że musiało być miło przysiąść tu między zajęciami i odetchnąć pełną piersią. Zapytałam, czy nadal tu przyjeżdża. "Nie... Teraz jestem na studiach, do dyspozycji mam cały kampus!"


Następne na trasie było wybrzeże. Poznałam specjalną platformę, gdzie można się opalać, są schodki do wody i prysznice. Podobno w szczycie sezonu, nie ma się gdzie rozłożyć, ręcznik leży przy ręczniku. Całe szczęście, że podest jest z drewna, przynajmniej nie obsypujesz piaskiem wszystkich sąsiadów przy wędrówce do wody i z powrotem. Fakt, że taka płyta może nie zachęcać osób pragnących ciszy, spokoju i nietkniętej przez człowieka natury, tym bardziej, że parę metrów w stronę lądu biegnie jedna z głównych ulic Katanii. Ale z drugiej strony może to lepsze niż czarne skały wulkaniczne wżynające się w plecy?
Pospacerowaliśmy kawałek wzdłuż morza i dotarliśmy do San Giovanni Li Cuti, zatoki z restauracjami i rybakami. Federico pokazał mi miejsce, gdzie serwują najlepszą pizzę w mieście, ale doradził żebym tu przyszła raczej z chłopakiem, a nie z koleżankami, bo ceny są wysokie. Śmiałam się, że przecież jestem z chłopakiem teraz, ale on powiedział, że nie gustuje w hobittach, więc nie ciągnęłam tematu.


W niedzielę postanowiłam wybrać się do miasta na zakupy, bo moje szorty są już poważnie porozciągane. Także z lekkim opóźnieniem wyszłam z domu o godzinie 12.50. Po paru przecznicach z przykrością stwierdziłam, że wszystkie sklepy zamykają mi dosłownie przed nosem. Nawet na 'open markecie', chinczyki i murzyni zwijali swoje manatki na mój widok jakbym była jednym z carabinieri! Także powłóczyłam się trochę po wymarłym mieście, przysiadłam chwilę w parku, znalazłam otwartego McDonalda (na restaurację pod złotymi łukami zawsze można liczyć!) i wróciłam do domu. Co gorsze, miałam nadzieję, że sytuacja zmieni się po 17:00, jako że sjesta dobiegnie końca, ale nie! Eli oświeciła mnie, że w niedzielę wszystko zamykane jest o 13:30 i kupić cokolwiek możesz najszybciej w poniedziałek rano... Także powstał kolejny problem w postaci Steve'a i jego dwóch koleżanek, którzy mieli wpaść wieczorem na wspólne gotowanie carbonary, a ja w lodówce miałam resztkę ryżu i nierozmrożonego kurczaka... Ale! Dobry kucharz ze wszystkiego potrafi stworzyć kulinarną ucztę! Albo raczej risotto z kurczakiem będąc precyzyjnym... Wszystkim smakowało! :)

 To tyle na temat weekendu u podnóża Etny. A dopo amici!


Palazzo


BOSKI WŁOSKI:
  • Tirami sù - poderwij mnie 
  • Capricciosa - kapryśny
  • Mela - jabłko
  • Cipolla - cebula
  • Conosco i miei polli - dosł. znam mojego kurczaka, czyli znam się na rzeczy; wiem, o czym mówię :)