poniedziałek, 1 października 2012

Weekend w Katanii

Wybiła godzina 22:00 pierwszego października, a za oknem 27 stopni! Z tego co słyszę, ta sytuacja nie jest typowa nawet na Sycylii. O tej porze roku powinno być raczej pochmurno, deszczowo i na pewno nie tak ciepło! W związku z powyższym nie nastawiałam się przed przyjazdem na noszenie ciągle szortów. Gdyby tak było, zabrałabym więcej niż jedną parę...

Właśnie poznałam chłopaka, który będzie z nami mieszkał. Problem w tym, że nie jestem w stanie zapamiętać jego imienia... Dwa razy mi się przedstawiał, trzeci raz powtórzyła mi jego imię Eli, a u mnie w głowie dalej jakiś Garreth czy coś... Ale Garrethem to on nie jest, na bank. Tak czy siak, sympatyczny koleżka, który był w Polsce parokrotnie, umawia się z Polką, co więcej, uczy się języka polskiego na kursie i zaproponował mi coś, co nazwał "tandem conversations". Najprościej ujmując wygląda to tak: w rozmowie on używa włoskiego, ja polskiego, a językiem pomocniczym jest angielski, który oboje mamy w miarę opanowany. Simple as that! Jak na razie nasza konwersacja skupiła się na bigosie i na tym, że ja nie umiem go przyrządzić, a on tak, mimo że jest Włochem...Wiem, żenujące!
A wczoraj miałam przyjemność poznać Panią, która ma się wprowadzić lada dzień i uwaga, jest to Niemka. O Bogowie, dlaczego? Na moje pytanie, czy podoba jej się mieszkanie, odpowiedziała głośnym: "Ja!" i już wtedy poczułam się oszukana. Bo przecież miało być tak pięknie, sami Włosi i "ti amo", a nie "ich liebe dich"! Dobra, tak na serio, to na pewno jest przemiła. Zresztą już na starcie ją podziwiam, bo podobno dopiero co się rozwiodła, ma dwójkę dorastających dzieci, a mimo to zdecydowała się po latach wrócić na studia prawnicze i do tego wyjechać na Erasmusa do Włoch! To dopiero odważna Frau!

A Katania? Ach, jaka jest piękna... W sobotę Federico zafundował mi wycieczkę jego ukochaną Vespą po uroczych zakątkach miasta, bo, jak stwierdził któregoś dnia,: "Marta, you know nothing...". Także po krótkiej instrukcji - nie stawiaj nogi na tym pedale i uważaj żeby nie spaść, wpakowałam się z nim na ten skuter i pomknęliśmy wąskimi uliczkami Katanii. Ja w różowym kasku pożyczonym od siostry Federico. W sumie było spoko! O zawał przyprawiały mnie jedynie ostre zakręty i przeciskanie się między samochodami, kiedy wydaje ci się, że już urwałeś komuś łokciem lusterko, aaaaa jednak nie!
Pierwszy przystanek - park w górnej części miasta. I górną jest ona dlatego, że faktycznie znajduje się na wzniesieniu, ale również dlatego, że jest to dzielnica obywateli wyższej kategorii. Ładne osiedla, spokój, cisza, a w parku eleganccy panowie wyprowadzają swoje zadbane psy. A na to wszystko, Federico wytłumaczył mi skąd zna to miejsce - "Przyjeżdżaliśmy tu z kumplami w liceum jarać zioło". I wszystko jasne. Trzeba przyznać, że widok na Katanię jest stamtąd bardzo piękny i rozumiem, że musiało być miło przysiąść tu między zajęciami i odetchnąć pełną piersią. Zapytałam, czy nadal tu przyjeżdża. "Nie... Teraz jestem na studiach, do dyspozycji mam cały kampus!"


Następne na trasie było wybrzeże. Poznałam specjalną platformę, gdzie można się opalać, są schodki do wody i prysznice. Podobno w szczycie sezonu, nie ma się gdzie rozłożyć, ręcznik leży przy ręczniku. Całe szczęście, że podest jest z drewna, przynajmniej nie obsypujesz piaskiem wszystkich sąsiadów przy wędrówce do wody i z powrotem. Fakt, że taka płyta może nie zachęcać osób pragnących ciszy, spokoju i nietkniętej przez człowieka natury, tym bardziej, że parę metrów w stronę lądu biegnie jedna z głównych ulic Katanii. Ale z drugiej strony może to lepsze niż czarne skały wulkaniczne wżynające się w plecy?
Pospacerowaliśmy kawałek wzdłuż morza i dotarliśmy do San Giovanni Li Cuti, zatoki z restauracjami i rybakami. Federico pokazał mi miejsce, gdzie serwują najlepszą pizzę w mieście, ale doradził żebym tu przyszła raczej z chłopakiem, a nie z koleżankami, bo ceny są wysokie. Śmiałam się, że przecież jestem z chłopakiem teraz, ale on powiedział, że nie gustuje w hobittach, więc nie ciągnęłam tematu.


W niedzielę postanowiłam wybrać się do miasta na zakupy, bo moje szorty są już poważnie porozciągane. Także z lekkim opóźnieniem wyszłam z domu o godzinie 12.50. Po paru przecznicach z przykrością stwierdziłam, że wszystkie sklepy zamykają mi dosłownie przed nosem. Nawet na 'open markecie', chinczyki i murzyni zwijali swoje manatki na mój widok jakbym była jednym z carabinieri! Także powłóczyłam się trochę po wymarłym mieście, przysiadłam chwilę w parku, znalazłam otwartego McDonalda (na restaurację pod złotymi łukami zawsze można liczyć!) i wróciłam do domu. Co gorsze, miałam nadzieję, że sytuacja zmieni się po 17:00, jako że sjesta dobiegnie końca, ale nie! Eli oświeciła mnie, że w niedzielę wszystko zamykane jest o 13:30 i kupić cokolwiek możesz najszybciej w poniedziałek rano... Także powstał kolejny problem w postaci Steve'a i jego dwóch koleżanek, którzy mieli wpaść wieczorem na wspólne gotowanie carbonary, a ja w lodówce miałam resztkę ryżu i nierozmrożonego kurczaka... Ale! Dobry kucharz ze wszystkiego potrafi stworzyć kulinarną ucztę! Albo raczej risotto z kurczakiem będąc precyzyjnym... Wszystkim smakowało! :)

 To tyle na temat weekendu u podnóża Etny. A dopo amici!


Palazzo


BOSKI WŁOSKI:
  • Tirami sù - poderwij mnie 
  • Capricciosa - kapryśny
  • Mela - jabłko
  • Cipolla - cebula
  • Conosco i miei polli - dosł. znam mojego kurczaka, czyli znam się na rzeczy; wiem, o czym mówię :)



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz