środa, 28 listopada 2012

Dodgy & Banana

Let's live while we're young! I tak właśnie będzie, posłuchałam rady wybitnie popularnego boysbandu, który zmierza w jednym kierunku, if you know what I mean, i zaczęłam rozkoszować się tym piekielnym Erasmusem! A dlaczego? Bo jesteśmy na półmetku, za oknem wciąż w miarę ciepło, wczoraj napisałam pierwszy egzamin (PO WŁOSKU JOŁ) i był nietrudny, za półtora tygodnia jadę na Maltę zrelaksować się i odpocząć trochę od relaksu, a dzisiaj idziemy z dziewczynami przetańczyć noc, czyli mogę jeść węglowodany all day long!!!! Także tego...

Człowiek sobie myśli: "Włochy... królestwo smaku zarówno w kuchni jak i w modzie". Zawsze kojarzyłam Włoszki jako pięknie ubrane kobiety, które mają świetne wyczucie w tej kwestii. Nawet zajadając lunch w barze siedzą w eleganckiej sukni, osłaniając twarz rondem imponującego kapelusza. No więc trochę się rozczarowałam... Ewidentnie Sycylia wyłamuje się z tego modowego stereotypu, bo tutaj króluje odwieczna rywalka smaku - TANDETA! Nie wiem, czy jest to podyktowane mieszanką kulturową i zagubieniem, lenistwem, czy po prostu ubóstwem regionu, ale ludzie ubierają się po prostu źle...
Lećmy od samej góry - u mężczyzn włosy przykryte niesmaczną ilością żelu, który powinien dawać efekt "dopiero wyszedłem z pod prysznica", a tak naprawdę daje tylko wyobrażenie skorupy, która połamie się przy dotknięciu ręką. Dziewczyny natomiast decydują się na desperackie próby wyróżnienia się z klubu brunetek i utleniają włosy... Do tego trzeba koniecznie dodać prostownicę, ponieważ większość ma loki/fale, i w efekcie ich włosy są wypłowiałe i zniszczone, często z tragicznym odrostem na dwa palce.

Och, jak miło... Pogoda właśnie w 10 minut przeskoczyła od przyjemnego, ciepłego popołudnia w armageddon z wiatrem i deszczem, kocham ten klimat! Czas iść na zajęcia :)

Moving on... Korpus! Tutaj króluje duża różnorodność, ale obojętnie czego by na siebie nie narzucić, istnieje jeden element obowiązkowy:







No i kogo to obchodzi, że to wszystko taki ORIGINAL jak włosy lalkie Barbie, ale znaczek musi być. I szczerze mówię, nie pojmuję tego! Jaki jest sens kupować te rzeczy, skoro wszyscy naokoło i tak wiedzą, że to podróba? Chyba Włosi nie są aż tak nieobeznani żeby nie wiedzieć, że jak kupią od murzyna to koło D&G to nawet nie leżało? Do tego u kobiet dochodzą paskudne torby od "Armaniego", które przecież idealnie pasują do jeansów i adidasów. A no właśnie...

Jeansy i adidasy! To właśnie ten fenomen przebija Berlusconiego w rankingach popularności. Niesamowite na jak wiele okazji można wbić się w rurki różnej jeansowej maści, najlepiej zbyt obcisłe i zbyt rozjaśnione. Dobra, ja sama noszę dżinsy przez większość czasu. Tylko po co decydować się na modele, które nie przynoszą korzyści sylwetce, a do tego kłują w oczy przechodniów?


No i wreszcie wisienka na torcie - sportowe buty! Do wszystkiego! Tak, do garniturowych spodni też! Chyba pomysł w tych włoskich głowach jest taki, że jak kupisz takie na koturnie i z brokatowym paskiem, to znaczy, że są eleganckie i wyjściowe... Także możesz spokojnie wkładać kiecę i iść na mszę!



Allora, a dopo! <3

Palazzo







BOSKI WŁOSKI:
  • il tacco a spillo - obcasy
  • la gonna - spódnica
  • i pantaloni - spodnie
  • il capello - kapelusz
  • il cappotto - płaszcz
  • l'abito da sera - suknia wieczorowa


wtorek, 20 listopada 2012

Nostro sangue rosso, i nostri cuori azzurri!


Och życie, takie jesteś czasem zabawne. Budzę się każdego
poranka i nigdy nie jestem w stanie zgadnąć, w jakim nastroju zastanie mnie to samo łóżko wieczorem... Dzisiaj jest źle. No i co poradzisz? Tak już z nami ludźmi jest i to właśnie jest ta zabawa w życie. Żeby wygrać jak najwięcej wieczorów, kiedy witasz łóżko w dobrym humorze. Ostatnie dwa tygodnie dałam dupy i nic nie pisałam... Bo też i humor mi nie dopisywał, więc jakoś nie czułam natchnienia, tak jakbym nie chciała przekazywać w świat mojej negatywnej energii. A ta była na bank na minusie... Nie wiem co się ze mną dzieje, ale tęsknie i tęsknie. Co najgorsze tęsknie i szukam sensu dla mojego pobytu w Katanii, tak jakbym zatraciła ten pęd, który mnie tutaj przyciągnął. Na początku wszystko było jasne, byłam tu i wierzyłam w to, co się działo, wierzyłam w moje erasmusowe doświadczenie całą swoją osobą. W ciągu dwóch tygodni wszystko stanęło pod znakiem zapytania. I nie jestem w stanie dojść do źródła tych wątpliwości i smutku. Zaczęło się chyba od momentu, kiedy w Katanii nastały deszczowe dni, a ja się przeziębiłam. Zbiegło się to z interesującymi zabiegami Gaetano aby zeswatać wszystkie samotne kobiety w domu. Także skoro Eli jest już wzięta, zostałyśmy my z Amelie. Holenderce wpadł w oko młodszy brat Eli - Emanuelle, także ta dwójka była też już ustawiona. Ostałam się ja... A Gaetano wynalazł dla mnie swojego kolegę z pracy - Claudio. Uznał, że to będzie najprostsza rzecz pod słońcem nas w sobie rozkochać, ale nie wziął pod uwagę tego, że ludzie nie schodzą się ze sobą tak łatwo i szybko jakby się tego chciało. A przynajmniej ja się nie schodzę łatwo i szybko, ja się nie schodzę w ogóle. Jestem mistrzynią tworzenia przeszkód dla swojego własnego szcześcia w miłości, także to nie mogło być takie proste... I nie było.

Claudio złożył nam już ze cztery wizyty w domu, a ja wciąż pozostaję niewzruszoną roszpunką zamkniętą w wieży z własnych kompleksów i niepewności. Oczywiście, w tym przypadku akurat istnieje również obiektywna bariera dla naszej dwójki - język. Ale poza tym facet jest jak marzenie... Nie będę się wdawać w szczegóły, bo nie chcę wyjść na zbyt powierzchowną, a niestety wielu atutów wewnętrznych tego mężczyzny nie jestem jeszcze w stanie wymienić, ale! Muszę przyznać, że siedziałam z głową w dłoniach i ryczałam: "Czego ty więcej kobieto chcesz???!!!" Także nieudana próba z Claudio była jednym z powodów, dla których nie czułam się ostatnio najlepiej. Do tego w domu zrobiła się zwariowana atmosfera, bo po wprowadzeniu się Amelie, wszyscy domownicy bardzo się ze sobą zżyli. Zaczęliśmy przesiadywać wieczorami w salonie, wspólnie gotować, żartować, miło, przyjemnie, rodzinnie, wręcz idealnie! TYLKO że ja wciąż nie mówię po włosku, a oni odmawiają rozmawiania po angielsku, chwała im za to w gruncie rzeczy... Także zrozumienie większości żartów omija mnie szerokim łukiem... Aha, no i jest jeszcze sprawa braku prywatności. No bo jak już tylko zamknę drzwi od swojego pokoju, to jest: "Martulaaaa, a co ty się tak izolujesz? Siedzisz i siedzisz w tym pokoju zamiast pobyć z nami! Od tej samotności tylko się smutna robisz!" No coś w tym jest jak widać, więc co mam robić? No wychodzę, no...


A w szkole zaczęło się robić poważnie... Okazało się, że chyba jednak będę miała się czegoś na tym wyjeździe nauczyć. O Bogowie, i chyba jednak odbędzie się kurs włoskiego! No i profesorowie wcale nie chcą być tacy mili jak mieli być... Wczoraj zjechał mnie profesor, którego nazwisko brzmi prof. Di Nuovo, co w dosłownym tłumaczeniu znaczy prof. Znowu... Znowu miałam dziś z nim zajęcia i znowu nic nie zrozumiałam!
Ale i tak najciekawsza posada na uczelni to Pan Portier. Bo jak się okazuje, do jego obowiązków oprócz oczywistych: wydawanie kluczy, udzielanie informacji zagubionym przybłędom, monitorowanie sytuacji na obiekcie, należą również zadania specjalne. A mianowicie - Portier otwiera salę wykładową studentom, przynosi laptop profesora, podłącza mikrofon, włącza rzutnik i czeka ze studentami aż profesor łaskawie pojawi się by udzielić lekcji. Także fucha jest niezmiernie poważna, a zauważyłam, że jeden z Panów Portierów zdaje sobie doskonale sprawę z tego, jak istotne jest jego stanowisko i przychodzi do pracy w dresie przybranym jedwabną apaszką!

Przerwa między zajęciami

Co do egazminów - już kiedyś chyba o tym wspominałam, że wszystko jest zdawane ustnie. I jak zdążyłam zauważyć, nie jest to zupełnie pozbawione sensu. Po pierwsze przygotowujesz się i uczysz się ze zrozumieniem, tak żeby być w stanie podyskutować o temacie. Po drugie uczysz się wypowiadać w miarę składny sposób, panować nad tokiem myśli pod dużą presją itd. A po trzecie - dzięki takiemu egzaminowaniu studenci tutaj nie boją się swoich profesorów, są nauczeni pytać, kiedy nie rozumieją i dopytywać, jeśli coś ich zaciekawi. Ja prędzej połknę własny język niż zapytam o coś na forum, nie mówię we Włoszech, bo wiadomo, że to bardziej zrozumiałe, ale nawet w Polsce mam z tym problem. A gdybym miała więcej okazji do rozmowy w cztery oczy z profesorem to pewnie stres byłby znacznie mniejszy. Tak sobie wyobrażam.

Och Jezuniu... Internet mi dzisiaj nie ułatwia zadania. Od dwóch godzin edytuję tego posta i wciąż jest źle... Nie chce się załadować, zdjęcia się nie dodają, tekst mi się zacina. A teraz skasował się cały akapit. Szkoda...

To chyba koniec na dzisiaj, mykam się uczyć, o rety...
Ciao ciao!


Palazzo

    



BOSKI WŁOSKI:
  • Mbare - ziomek
  • La stracciatella - rosół z dodatkiem jaj, tartego parmezanu i gałki muszkatałowej
  • Il odore - zapach
  • Il rumore - hałas
  • Chi minchia guardi?! - co się k***a gapisz?!

poniedziałek, 5 listopada 2012

Qui Italia!

Nareszcie! Udało mi się otworzyć książkę do nauki włoskiego i przerobiłam Unit1! Może nie ma się za bardzo czym chwalić, bo w pierwszym rozdziale są zagadnienia typu: "Quanti anni hai?" i "Che fai? Lavori o studi?"... Ale jest to mój osobisty sukces, bo do tej pory w wolnych chwilach jadłam lub przeglądałam 9gaga, więc postęp uznaję za widoczny. Fakt, że po prostu trochę spanikowałam, bo moja nowa współlokatorka wróciła dzisiaj do domu z dwiema wielkimi książkami do włoskiej gramatyki, a ona sprecha już bez zająknięcia. Także zaczęłam sobie wyobrażać, jak bardzo jestem w tyle, a na kurs włoskiego organizowany przez uczelnię raczej nie mogę liczyć. Z każdą kolejną datą podrzucaną nam przez prowadzących jako obiecany dzień rozpoczęcia owego kursu, zaczynamy coraz mniej wierzyć w to, że on się w ogóle odbędzie. Tylko czekać aż zaczną powstawać żarty z cyklu: "Ej, chodź przechodzimy na dietę jak się nauczymy włoskiego..."




A no właśnie - nowa współlokatorka! Holenderka Amelie, która bardzo dużo gada, wchodzi bez pukania do pokoju i daje psu zjeść jej własne skarpetki. Ale i tak wolę ją niż Niemców, których jest następczynią. I mimo, że już ich nie ma, oni i tak wciąż krążą po naszym domu niczym duchy. Postanowili ukraść klucze, więc musieliśmy wymieniać zamki, postanowili wrócić i żądać zwrotu kaucji, a w końcu postanowili wynająć detektywa, który się tu pojawia i grozi policją. Żyjemy w ciągłym napięciu, ale ubaw jest niezły. 


Parę dni temu przyjechała do mnie Magda, która była moim pierwszym gościem na Sycylii! Tej, mam nadzieję, że nie ostatnim... Także wysiliłam wszystkie komórki mózgowe aby zaplanować idealnie katański tydzień. Oczywiście rzeczywistość lekko zweryfikowała moje zamierzenia, ale nic to, i tak było wyczapiście! Zjadłyśmy mnóstwo makaronu i jedną wyśmienitą pizzę, grałyśmy w Scrabble w Villi Belini, spacerowałyśmy wybrzeżem przy zachodzącym słońcu, obejrzałyśmy Magic Mike'a z wypiekami na twarzach i biegłyśmy w strugach deszczu przebrane za czarownicę i diabła... Mi piace!




W naszym mieszkaniu zapanowały również nowe zwyczaje stosunkowe, a to dlatego, że gospodyni Eli jest w związku z użytkownikiem Steve Gleeson! I teraz każda przestrzeń domowa jest zagrożona, ponieważ nigdy nie wiesz, czy nie wpadniesz na tych słodkich nowozwiązkowców, którzy jak na tę grupę społeczną przystało, są słodszy od kremu ricotta w rurkach cannoli! Także nieważne czy gotują, czy oglądają How I met your mother w salonie, czy piją kawkę na tarasie, cały czas jest buzi buzi i "mój ty kurczaczku!"...

No i jest jeszcze do tego pies, który ma 7 miesięcy i udaje Labradora. April mieszka na tarasie, więc trzeba uważać na pranie, które tajemniczo zostaje ściągnięte ze sznura do suszenia i ląduje w pysku bestii. Jeszcze z koszulką to trochę zabawowo, ale z bielizną typu string robi się wstydliwie. Wyciągać własne gacie z zębisk psa przy wesołej gromadce nastoletnich Włochów? Mamma mia...

Zaczęłam tęsknić za domem... Tak generalnie. Nie chodzi o to, że chcę wracać, bo nie byłabym szczęśliwa teraz w Polsce. Jeszcze nie dość mam Italii. Tylko po prostu tęsknię za pewną stabilizacją, własnymi zasadami i za mamusią! Cięzko jest żyć unormowane życie na Erasmusie. Przez pierwszy miesiąc się odnajdujesz, rozgraniczasz ludzi na tych z pozytywną i negatywaną energią, robisz rozeznanie w sklepach i poznajesz zasady na uczelni. Teraz, w drugim miesiącu, mogłyby zacząć rodzić się więzi, ale z powodu specyficznego czasu Erasmusa (pół roku/maksymalnie rok), trudno jest w pełni oddać się nowym przyjaźniom, ponieważ gdzieś podskórnie wiesz, że większość z nich jest tylko tymczasowa... Do tego w moim przypadku dochodzą problemy językowe i tak oto etap drugi aklimatyzacji okazuje się być trudniejszy. No i jeszcze wieści z domu... Rodzicki kończą powolutku remont w Szczecinie i niedługo będzie gotowy mój nowy pokój na strychu. I bardzo chciałabym go zobaczyć na własne oczy i urządzić po swojemu. A tak, to oglądam go przez marnej jakości kamerkę na Skypie i wygłaszam niepewne sądy na temat koloru paneli czy wyboru tapety... A na psychologii w Poznaniu nauka idzie pełną parą, zajęcia coraz trudniejsza, ale i coraz ciekawsze.


Sono straniera, sono Erasmus, mi dispiace!
Ciao ragazzi!

Palazzo




BOSKI WŁOSKI:
  • la morte - śmierć
  • il diavolo - diabeł
  • il tailleur - kostium
  • la strega - wiedźma
  • la scopa - miotła
  • impazzire - szaleć, wariować