niedziela, 10 marca 2013

Kajam się...

Zamierzam w ramach pokuty wrzucić na koniec tej notki zdjęcie słodkich kotków. Może wtedy wszyscy, którzy do dzisiaj wytrzymali tragiczną posuchę na tym blogu, poczują odrobinę mojej skruchy za to wstrętne zaniedbanie... Przepraszam, to może niewiele, ale naprawdę mi przykro, bo nie planowałam tak nagle zdezerterować. W jakiś sposób wyjazd na Święta do domu wybił mnie z cotygodniowego rytmu i potem ciężko było mi do niego wrócić.
Z uwagi na to, że jestem już z powrotem w Polsce, a mój Erasmus dobiegł końca, pomyślałam, że podzielę się na blogu moim krótkim podsumowaniem. Jest to esej na potrzebę wydziałowej akcji o nazwie "(nawiasem mówiąc)", która ma zachęcić studentów do pisania o czymkolwiek, co im siedzi na duszy lub w niej gra. Ja napisałam of kors o moim wyjeździe, ponieważ jak na razie jest to najbardziej aktualne wydarzenie z mojego życia i chyba najciekawsze co mi się do tej pory przydarzyło.
Także niech ta notka będzie ostatnią na tym blogu. Niezmiernie mi miło, że mogłam się dzielić moimi zagranicznymi przeżyciami z innymi ludźmi, że komuś chciało się to czytać, i to niektórym nawet z przyjemnością. Miałam niesamowitą frajdę z tego, że mogę podzielić się tym, co się działo i pomogło mi to wiele razy zebrać myśli do kupy i spojrzeć na wydarzenia z szerszej perspektywy. Poza tym wszystkie wpisy opowiadają o pięknych chwilach, które spisane tworzą niezniszczalne wspomnienia.

THE END

"Erasmus Experience"


Mniej więcej półtora roku temu pomiędzy różne bzdury oglądane przeze mnie na YouTube trafił filmik pod tytułem: „Sorry, I’m Erasmus” wrzucony przez Giuseppe Turchiaro. Niecałe pięć minut materiału zmieniło moje życie. No dobra, brzmi dosyć podniośle… Raczej włączyło nową ideę do mojej głowy, wniosło nową pozycję do mojej życiowej listy „Things to do”. Niby nic wielkiego, młody, raczej przystojny i zdecydowanie zabawny Włoch opowiada o swoich przeżyciach związanych z wyjazdem w ramach programu wymiany studenckiej Erasmus na parę miesięcy do Wielkiej Brytanii. Jednak coś w tym filmie przemówiło do mojej obolałej posesyjnej duszy, do mojej wyobraźni i do serca, które nagle zaczęło szybciej bić. „Czyli jednak jest nadzieja! Istnieje szansa na ucieczkę z depresyjnej jesienno-zimowej Polski! Można na jakiś czas schronić się przed rutyną i szarą codziennością! Jest okazja na odstawienie książek na bok i zrobienia sobie półrocznych wakacji!” Zdecydowanie tak, Erasmus wydał mi się w tamtym momencie wybawieniem, w jednej chwili wyjazd na wymianę stał się moim marzeniem numer jeden!

Minęły 3 semestry i oto jestem, lekko zagubiona, lekko stęskniona za krajem, świeżo upieczona Erasmuska. Ostatnie 6 miesięcy spędziłam w Katanii, czyli w drugim co do wielkości mieście na Sycylii – południowej wyspie Włoch. Dlaczego akurat tam? To pytanie padało pod adresem wielu osób na wyjeździe, a odpowiedzi były standardowo bardzo różne. Jedna znajoma była rok przed Erasmusem na wakacjach w tamtym rejonie i zakochała się w sycylijskim klimacie. Inna od lat tworzyła związek na odległość z chłopakiem z Katanii i teraz wreszcie zakochani mieli szansę spędzić parę miesięcy w jednym mieście. Jeszcze inna, studentka filologii, z uwagi na swoje studia pragnęła wyjechać właśnie do Włoch w celu podszkolenia języka. A jak to było ze mną? Chyba niezbyt wyszukanie… Ja chciałam tylko słońca, czerwonych pomarańczy i romantyzmu.

Przygotowania do wyjazdu we wrześniu zostały gwałtownie zaburzone tylko dwukrotnie – za pierwszym razem była to wiadomość od znajomej z innego miasta, która dostała się na wyjazd w to samo miejsce i w tym samym czasie, co pozwoliło nam podjąć decyzję o wspólnym mieszkaniu i wzajemnym wspieraniu się. Misterny plan posypał się w drobny mak po słowach: „Nie dam rady. Mam zbyt wiele wątpliwości. Zakochałam się. Nie jadę.” Drugim wstrząsem był telefon od przyjaciółki ze studiów. Miała ona, co było już od ponad pół roku postanowione, spędzić dwa tygodnie w słonecznych Włoszech na wakacjach, przy okazji będąc mi kompanem przy stawianych przeze mnie pierwszych krokach na obczyźnie. Tak fajnie miało być! Na co tydzień przed wyjazdem, między wrzucanymi do walizki bikini i kocem termicznym, w słuchawce usłyszałam: „Dostałam półpaśca. Na oku. Zarażam. Nie jadę.”

Przez cały czas trwania procesu rekrutacji, kupowania nietanich biletów, zmniejszania różnic programowych i uczęszczania na kurs włoskiego, nie miałam najmniejszych wątpliwości co do tego, że chcę tego wyjazdu. Ale po tych dwóch „niusach” zaczęły mi się trząść kolana, a walizka nagle stała się jakaś nie do udźwignięcia… Cóż, chyba zasadą jest, że prędzej czy później kryzys musi przyjść, u każdego. Mój pojawił się właśnie wtedy, dosyć późno i niespodziewanie, ale tak to już z tymi kryzysami jest. Co by jednak nie mówić, nastąpiło domykanie walizki, ścisk w żołądku, trochę wzruszeń na lotnisku i już mnie nie było.

Katania okazała się o wiele większa niż się spodziewałam! Do tego stopnia, że przy lądowaniu cały czas zastanawiałam się: „Co to za duże miasto na północ od lotniska?”. Zachmurzenie tego dnia musiało być spore, ponieważ nie doceniłam jeszcze wtedy widoku na największy skarb i zarazem przekleństwo Katanii – widoku na Etnę. Nigdzie poza tym miejscem na ziemi nie spotkasz się z szansą brania kąpieli w morzu i jednoczesnego gapienia się na wulkan. Niesamowite wrażenia gwarantowane! A przekleństwem nazywam ją dlatego, że słynne jej erupcje miały w zwyczaju przysparzać wiele zmartwień mieszkańcom sąsiadujących z Etną miejscowości, łącznie z moją Katanią.

Pierwsze tygodnie upłynęły pod hasłem : organizacja.  Z dużym zaskoczeniem uznałam, że moja znajomość włoskiego jest raczej niewystarczająca do przetrwania, a językiem angielskim za wiele nie zdziałam. Cudowne jednak było to, że mimo różnic językowych i kulturowych bardzo niewiele osób potraktowało mnie w sposób mniej niż przyjemny. Prawie każdy z napotkanych na mojej drodze ludzi był życzliwy, uśmiechnięty, skory do pomocy! Była to główna cecha, która przekonała mnie do Sycylijczyków – niesamowita otwartość. Po znalezieniu mieszkania, wstępnym rozeznaniu się w topografii miasta oraz zawarciu paru nowych znajomości, Erasmus rozpoczął się na dobre!

Uczelnia, na której odbywały się moje zajęcia okazała się średniowieczną wersją Hogwartu – budynek Universita degli studi di Catania jest zaadaptowanym na potrzeby akademickie byłym klasztorem Benedyktynów. Także popiersia i witraże w oknach kafeterii studenckiej i marmurowe portale przy wejściu na zajęcia były na porządku dziennym. Klimat był wspaniały, ale za to organizacja okazała się koszmarem. Słyszałam wcześniej opinie na temat lekkiego roztargnienia we włoskiej administracji. Jednak to, co przeżywałam wraz z innymi studentami za każdym razem przy załatwianiu czegokolwiek w sekretariacie, biurach wymiany międzynarodowej czy na dyżurach u samych profesorów, przekroczyło wielokrotnie moją granicę tolerancji dla włoskiej opieszałości. Umówmy się, ma to w sobie wiele uroku, jednak moja porządna, punktualna i poukładana polska natura nie była w stanie przystosować się do włoskiego bajzlu… Basta!

Tak jak załatwianie formalności okazało się uciążliwe, klimat i temperatury rekompensowały w całej rozciągłości moje i innych Erasmusów frustracje. Aż do końca listopada organizowaliśmy wypady na piaszczystą plażę, jeździliśmy na wycieczki i zwiedzaliśmy piękną Sycylię, w letnich sukienkach wracałyśmy z dziewczynami wieczorami do domów. Było raczej jak w raju i korzystaliśmy z pogody ile wlezie, drocząc się odrobinę ze znajomymi z Polski, którzy patrząc na zdjęcia skręcali się z zazdrości.
Nauka na zagranicznej uczelni okazała się dla mnie o tyle trudna, że wszystkie zajęcia odbywały się po włosku. Ciężko mi było nadążyć za mamroczącymi naukowe definicje profesorami. W związku z tym większość wykładów spędziłam bardziej na wyłapywaniu ogólnego sensu zajęć niż na robieniu skrupulatnych notatek. Na szczęście okazało się, że istnieje możliwość przystąpienia do egzaminów w języku angielskim, ponieważ każdy z prowadzących potrafił lepiej lub czasem gorzej dogadać się ze mną na tyle aby przeprowadzić zaliczenie. Będąc szczerą, uratowało mi to tyłek…

Włochy od północy po samo południe słyną ze wspaniałego jedzenia. Oczywiście Sycylia pod tym względem nie wypada blado, ponieważ próbując skosztować wszystkich słynnych południowych przysmaków można by spokojnie zapełnić sobie menu na miesiąc lub dwa. Niezliczone ilości smaków… Pasty, pizze, ryby, desery, nawet słynne mięso z konia, starałam się spróbować wszystkiego! Od lat jestem wielką fanką pizzy, jednak dopiero będąc we Włoszech doceniłam co znaczy prawdziwie niebiański smak sosu pomidorowego, mozzarelli czy bazylii dojrzewających w sycylijskim słońcu. Pyszności!

Spędziłam na południu Włoch 6 niezapomnianych miesięcy wypełnionych zabawą, pysznym jedzeniem, nauką języka i poznawaniem nowych ludzi i ich kultur. W mojej opinii właśnie na tym opiera się idea programów wymiany studenckiej. Z jednej strony są to młodzi ludzie stawiani w nowych sytuacjach, często trudnych i tworzących wyzwania, studenci przyswajający poza wiedzą akademicką, również wiedzę na temat samych siebie. Ale Erasmus to również czas odpoczynku, zakochania się w nowej kulturze, dostrzeżenia szerszej perspektywy. Wzbogaca nas wewnętrznie, ale też pozwala na odpoczynek od tego, co zostawiasz za sobą. Jest tak, ponieważ po wejściu na pokład samolotu na cały czas trwania wyjazdu zyskujesz alibi, które pozwala ci odwrócić twarz od problemów w stronę słońca, odetchnąć i powiedzieć: „Sorry, I’m Erasmus”.





Palazzo


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz