poniedziałek, 5 listopada 2012

Qui Italia!

Nareszcie! Udało mi się otworzyć książkę do nauki włoskiego i przerobiłam Unit1! Może nie ma się za bardzo czym chwalić, bo w pierwszym rozdziale są zagadnienia typu: "Quanti anni hai?" i "Che fai? Lavori o studi?"... Ale jest to mój osobisty sukces, bo do tej pory w wolnych chwilach jadłam lub przeglądałam 9gaga, więc postęp uznaję za widoczny. Fakt, że po prostu trochę spanikowałam, bo moja nowa współlokatorka wróciła dzisiaj do domu z dwiema wielkimi książkami do włoskiej gramatyki, a ona sprecha już bez zająknięcia. Także zaczęłam sobie wyobrażać, jak bardzo jestem w tyle, a na kurs włoskiego organizowany przez uczelnię raczej nie mogę liczyć. Z każdą kolejną datą podrzucaną nam przez prowadzących jako obiecany dzień rozpoczęcia owego kursu, zaczynamy coraz mniej wierzyć w to, że on się w ogóle odbędzie. Tylko czekać aż zaczną powstawać żarty z cyklu: "Ej, chodź przechodzimy na dietę jak się nauczymy włoskiego..."




A no właśnie - nowa współlokatorka! Holenderka Amelie, która bardzo dużo gada, wchodzi bez pukania do pokoju i daje psu zjeść jej własne skarpetki. Ale i tak wolę ją niż Niemców, których jest następczynią. I mimo, że już ich nie ma, oni i tak wciąż krążą po naszym domu niczym duchy. Postanowili ukraść klucze, więc musieliśmy wymieniać zamki, postanowili wrócić i żądać zwrotu kaucji, a w końcu postanowili wynająć detektywa, który się tu pojawia i grozi policją. Żyjemy w ciągłym napięciu, ale ubaw jest niezły. 


Parę dni temu przyjechała do mnie Magda, która była moim pierwszym gościem na Sycylii! Tej, mam nadzieję, że nie ostatnim... Także wysiliłam wszystkie komórki mózgowe aby zaplanować idealnie katański tydzień. Oczywiście rzeczywistość lekko zweryfikowała moje zamierzenia, ale nic to, i tak było wyczapiście! Zjadłyśmy mnóstwo makaronu i jedną wyśmienitą pizzę, grałyśmy w Scrabble w Villi Belini, spacerowałyśmy wybrzeżem przy zachodzącym słońcu, obejrzałyśmy Magic Mike'a z wypiekami na twarzach i biegłyśmy w strugach deszczu przebrane za czarownicę i diabła... Mi piace!




W naszym mieszkaniu zapanowały również nowe zwyczaje stosunkowe, a to dlatego, że gospodyni Eli jest w związku z użytkownikiem Steve Gleeson! I teraz każda przestrzeń domowa jest zagrożona, ponieważ nigdy nie wiesz, czy nie wpadniesz na tych słodkich nowozwiązkowców, którzy jak na tę grupę społeczną przystało, są słodszy od kremu ricotta w rurkach cannoli! Także nieważne czy gotują, czy oglądają How I met your mother w salonie, czy piją kawkę na tarasie, cały czas jest buzi buzi i "mój ty kurczaczku!"...

No i jest jeszcze do tego pies, który ma 7 miesięcy i udaje Labradora. April mieszka na tarasie, więc trzeba uważać na pranie, które tajemniczo zostaje ściągnięte ze sznura do suszenia i ląduje w pysku bestii. Jeszcze z koszulką to trochę zabawowo, ale z bielizną typu string robi się wstydliwie. Wyciągać własne gacie z zębisk psa przy wesołej gromadce nastoletnich Włochów? Mamma mia...

Zaczęłam tęsknić za domem... Tak generalnie. Nie chodzi o to, że chcę wracać, bo nie byłabym szczęśliwa teraz w Polsce. Jeszcze nie dość mam Italii. Tylko po prostu tęsknię za pewną stabilizacją, własnymi zasadami i za mamusią! Cięzko jest żyć unormowane życie na Erasmusie. Przez pierwszy miesiąc się odnajdujesz, rozgraniczasz ludzi na tych z pozytywną i negatywaną energią, robisz rozeznanie w sklepach i poznajesz zasady na uczelni. Teraz, w drugim miesiącu, mogłyby zacząć rodzić się więzi, ale z powodu specyficznego czasu Erasmusa (pół roku/maksymalnie rok), trudno jest w pełni oddać się nowym przyjaźniom, ponieważ gdzieś podskórnie wiesz, że większość z nich jest tylko tymczasowa... Do tego w moim przypadku dochodzą problemy językowe i tak oto etap drugi aklimatyzacji okazuje się być trudniejszy. No i jeszcze wieści z domu... Rodzicki kończą powolutku remont w Szczecinie i niedługo będzie gotowy mój nowy pokój na strychu. I bardzo chciałabym go zobaczyć na własne oczy i urządzić po swojemu. A tak, to oglądam go przez marnej jakości kamerkę na Skypie i wygłaszam niepewne sądy na temat koloru paneli czy wyboru tapety... A na psychologii w Poznaniu nauka idzie pełną parą, zajęcia coraz trudniejsza, ale i coraz ciekawsze.


Sono straniera, sono Erasmus, mi dispiace!
Ciao ragazzi!

Palazzo




BOSKI WŁOSKI:
  • la morte - śmierć
  • il diavolo - diabeł
  • il tailleur - kostium
  • la strega - wiedźma
  • la scopa - miotła
  • impazzire - szaleć, wariować

2 komentarze:

  1. a fuj ..w Polszy jest niecałe 10 stopni! wiatr, deszcz, słońce od święta!Nic ciekawego!
    Poczekaj na lato! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ojoj, widzę, że też masz różne sentymentalne przemyślenia na Erasmusie eh... Aczkolwiek też bym nie chciała wracać, mimo wszystko jest coś niesamowitego w mieszkaniu tak o, w pięknym kraju..:)

    Strasznie lubię Twój styl pisania!

    A tak btw. może zamieszkam z włochem i włoszką niedługo!

    OdpowiedzUsuń