środa, 17 października 2012

Ragazzi a Catania

Wczoraj naszła mnie myśl żeby napisać szczerego posta na temat moich doświadczeń z chłopakami z wyspy. Minęło niewiele czasu, a trochę już się w tym temacie wydarzyło. To już pierwsza wskazówka co do tego, jacy są. Generalnie szybcy! Nie ma w nich wiele nieśmiałości, a przynajmniej do czasu, kiedy nie stają przed wyzwaniem prowadzenia konwersacji w języku angielskim... Wtedy nagle woda w usta poprzedzona głupawym chichotem. Byłoby znacznie łatwiej spotkać miłość życia gdyby Włosi zainwestowali trochę wysiłku w swój angielski... Ale i tak chyba jest z nimi lepiej niż z Hiszpanami, którzy ani be ani me! Specjalnie dla nich jest osobny przewodnik, wszystkie ogłoszenia są tłumaczone na trzy języki: włoski, angielski i .. hiszpański! No już zrozumiałabym chiński, ale hiszpański?? Tym bardziej, że jak się tym tekstom czasem przyglądam, to ten język nie różni się tak bardzo od włoskiego, naprawdę nie wymaga aż tak dużego nakładu pracy...

Miało być o mężczyznach, a nie o leniuchach, przepraszam.. Ach, może do mężczyzn im jeszcze daleko, ale starają się. Na przykład moi współlokatorzy. Wczoraj przyszła do mnie znajoma i razem wybierałyśmy się na wystawę fotograficzną pod tytułem: "Land, fire and sea!", która miała przedstawiać sycylijskie krajobrazy. Kiedy tylko Agata pojawiła się w progu, a moich dwóch coinqulini zobaczyło taką dziewczynę, od razu zdecydowali, że pójdą z nami. Nawet nie wiedzieli jeszcze gdzie idziemy, ale już byli za drzwiami. Potem przez dwie godziny trwania prezentacji przeszkadzali, śmiali się i ziewali, tak że było mi za nich głupio. Czułam się jakbym opiekowała się dwoma szczeniakami.

Acha, miało być o mężczyznach, a nie dzieciakach? No tak, to inaczej... Jest taki Salvo, którego poznałam, uwaga, na dyskotece! A to ci dopiero! Nic tak źle nie wróży, jak poznać koleżkę na parkiecie, bo on albo rusza tylko korpusem, a głowę zostawia nienaruszoną albo dłużej szykuję się na disko frisko niż ty, a potem poci się w tej prążkowanej koszuli jak mysz. Jednak, Salvo mnie zaintrygował. Podszedł niepostrzeżenie do kolegi, z którym tańcowałam w najlepsze (Dino - tancerz jakich mało) i zapytał, czy może mu ukraść partnerkę. A skoro Dino nie zareagował, nagle stałam twarzą w twarz z klonem James'a Franco (nie żartuję!). Tyle że właściwie nie taczyliśmy. Rozmawialiśmy, bo (dios mio!) Salvo włada angielskim. Punkt dla człowieka. A potem jeszcze usłyszałam: "W klubie to tak ciężko się naprawdę poznać, chciałbym się z tobą umówić na kawę". No, to już byłam po kolana w tym błocie... A co to znaczy? To znaczy, że od tamtego czasu ta kawa się jeszcze nie wydarzyła i śmiem twierdzić, że klamka zapadła. Ja mogę się odezwać raz, czy drugi, ale za trzecią wiadomością wiem, że zainteresowanie z drugiej strony leci na łeb na szyję aż do zera.

O rety, miało być o mężczyznach, a jest o... dziwakach? No to do tematu! Gaetano - gotuje, śpiewa, sprząta, pracuje w poważnej branży, mówi po polsku (trośkem) i krzyczy do mnie: "Martuuuuula!" z drugiego końca mieszkania. Ach, ma też narzeczoną i biorą ślub w Zakopanem  w przyszłym roku...

Aaaa, że miało być o mężczyznach, a nie o narzeczonych? To niestety... Chyba temat się wyczerpał.


Salve!


Palazzo

 
 Dziewczyny wolą policjantów!
(od lewej Flavia, Jasmine & Helen)



BOSKI WŁOSKI:

  • Ballare - tańczyć
  • Ammiratore sconosciuto - cichy wielbiciel
  • Meglio un uovo oggi che una gallina domani - lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu
  • Baci e abbracci - całuski i uściski!


1 komentarz: